RSS
wtorek, 24 października 2006
Odcinek 9 - Koniec pewnego etapu życia

- Chodźcie, napijemy się kawy, a Ania trochę odsapnie i zblednie, bo wygląda, jakby zaraz miała się zapalić.

- Dzięki mamo, miło z twojej strony, że o mnie dbasz. - powiedziałam ironicznie i ruszyłam za rodzicami w stronę kafejki lotniskowej, gdzie zajęliśmy jeden ze stolików przy ścianie.

- A jak go nie rozpoznam? – kawa była prawie-nie-do-picia. W porównaniu do ceny, jaką za nią zapłaciliśmy mogłaby być chociaż ciepła. – W końcu widziałam go tylko na dwóch zdjęciach, a zdjęcia mogą trochę zniekształcać lub inaczej przedstawiać rzeczywistość.

- Nie panikuj. Jak go nie rozpoznasz, to on to na pewno zrobi. – zawsze odpowiednie do sytuacji rady taty albo podnosiły na duchu, albo ścinały z nóg.

- A, jak okaże się wielkim łysym marynarzem z tatuażami na ramionach?

Mama zaczęła się śmiać.

- To wtedy w nogi!

- Ja chyba zaraz ucieknę, bo już nie dam rady wysiedzieć z tych nerwów. - odsunęłam filiżankę z kawą prawie-nie-do- picia i wstałam od stolika. –  Idę się przejść.

Czas dłużył mi się niemiłosiernie.

Pół godziny później, dalej spacerując tam i z powrotem po lotnisku, odwróciłam wzrok w stronę rodziców. Znajdowali się naprzeciwko rozsuwanych drzwi, w których powoli zaczęli pojawiać się podróżujący lotem z Paryża. Przyspieszyłam swoje funkcje oddechowe i ruszyłam w tamtym kierunku.

- Ania już są ! – mama była chyba bardziej podekscytowana niż ja. – Zaraz ich zobaczymy!

Stres narastał w każdej komórce mego ciała, a znajdujący się dotąd w brzuchu kamień, wędrował spokojnie do przełyku w rozmiarach arbuza. „Nie mogę, nie dam rady ... wychodzę.” W momencie, kiedy miałam obrócić się na pięcie i zniknąć, najlepiej z powierzchni kuli ziemskiej, drzwi przylotów rozsunęły się ... Niespodziewanie świat zwolnił swój bieg, odgłosy ludzi, które dotychczas dudniły mi w uszach, nagle ucichły, wszystko inne przestało istnieć. Moje życie miało od tej chwili zmienić całkowicie swój dotychczasowy bieg.

czwartek, 05 października 2006
Odcinek 8 - Lotnisko

W drodze na lotnisko, wielki kamień tkwiący w moim żołądku od rana, powiększył swoje rozmiary o około połowę. Po raz setny wyjęłam z torby wydrukowaną kartkę, email od Ewana sprzed tygodnia, który wywołał w moim ciele stan przedzawałowy, i ponownie zaczęłam go czytać:

 

„Przylatuję do Polski za tydzień, z moim kolegą. Mam nadzieję, że znajdziesz godzinkę czasu na spotkanie ze swoim francuskim marynarzem? Na wszelki wypadek podaję numer lotu i godzinę: AZ552, godz. 16.45.

Caluję i ściskam.

Ewan”

 

Przełknęłam ciężko ślinę i zaczęłam wachlować się emailem.

- Co tam z tyłu tak cicho?

W przerwach między prowadzeniem samochodu po ruchliwych ulicach stolicy, a oglądaniem i dotykaniem wklejonej do paszportu wizy, rodzice próbowali załagodzić mój stan napięcia przedspotkaniowego z Ewanem.

- Ewan przylatuje – Ania się stresuje! Ewan przylatuje – Ania się stresuje! – ich metody nie powodowały jednak żadnego widocznego rozluźnienia w moich mięśniach. Podenerwowanie to zaś nasiliło się jeszcze bardziej po minięciu znaku wskazującego kierunek na Okęcie.

- Widzicie go, AZ552 o 16.45? – nasz wzrok pochłaniał całkowicie zmieniającą się co chwilę tablicę przylotów. Wszędzie dookoła kłębiły się masy podróżujących z walizkami, ściskających członków swojej rodziny, rozmawiających przez telefon komórkowy, jedzących kanapki lub poprostu patrzących w dal i czekających na kogoś, kto za pare minut mial wyladuje na pasie lotniska.

- Jest! Widzę go! AZ552 – podekscytowanym głosem rzekła mama, ale zaraz potem ton jej lekko opadł - ... opóźniony o 20 minut. – spojrzała na mnie wzrokiem „no cóż, zdarza się”, a ja w tym momencie poczułam, że kamien w żołądku minimalnie zmniejszył swoje rozmiary. Mam jeszcze trochę czasu.

wtorek, 03 października 2006
Odcinek 7 - Wiza

Ambasada Australii, zajmująca całe jedno piętro metalowego nowoczesnego wieżowca znajdującego się w centrum Warszawy, sprawiała wrażenie innego eleganckiego i chłodnego świata. Jedynie wielkie kolorowe afisze i film puszczany na szerokim płaskim ekranie, mówiły odwiedzającym, że są na terenie kontynentu słynnego ze swych piaszczystych plaż, opalonych ratowników i rekinów pożywiających się mniej więcej jednym surferem rocznie. Wystrój tego miejsca, jasny i oszczędny oraz, trochę za mocno podkręcona klimatyzacja, wywoływały miłe, ale z drugiej strony dziwne uczucie nieprzynależności do tego świata.

- Następny! – młoda dziewczyna w okularach wołała na nas zza oszklonego okienka. Podałyśmy jej z mamą podania, paszporty i bilety lotnicze do Sydney (bowiem, drogi czytelniku, jeśli jeszcze tego nie wiesz, aby być szczęśliwym posiadaczem wizy, najpierw trzeba zakupić i okazać bilety lotnicze do danego kraju; ale uwaga: nie stanowi to pewnika do otrzymania upragnionego dokumentu).

- Proszę poczekać. – dziewczyna zniknęła, a my zostałyśmy we dwie na metalowych krzesłach, ze wzrokiem mocno wbitym w to oszklone okienko przed nami. Tata zaś spacerował po całym pomieszczeniu i oglądał plakaty z misiami koala i kangurami.

- Jak myślisz, ile to potrwa? – zagadnęłam mamę, a ona tylko wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się do mnie.

Po około 35 minutach wieczności, dziewczyna w okularach wróciła z naszymi paszportami.

- Moje gratulacje. Możecie teraz panie spokojnie lecieć do Australii. Miłej podróży. Następny!

niedziela, 01 października 2006
Odcinek 6 - Wyjazd w przyszłość

- Wzięłaś wszystko co trzeba?! – cała moja rodzina biegała po domu, z jednego pokoju do drugiego. Tata szukał jakiś skarpetek, mama robiła ostatnie poprawki makijażu, a ja nie wiedziałam, co na siebie włożyć: beżową sukienkę, czy jasne spodnie z materiału i czarną koszulę. Co chwila otwierałam na nowo szafę i przewracałam wszystkie ciuchy.

– Masz paszport i podanie?! – najbardziej spięta całą tą sytuacją była oczywiście mama. Stała w łazience przed lustrem, malując rzęsy i w tym samym czasie pokrzykując na każdego z osobna. – Wszystkie dokumenty są w torbie?! Halo, czy ktoś mi może łaskawie odpowiedzieć, czy może rozmawiam ze ścianą?!!

Siedziałam w swoim pokoju gapiąc się skoncentrowana na trzymanym w rękach wyborze kreacji.

- Tak, tak, wszystko jest na swoim miejscu, zapięte w torbie już od ponad tygodnia! – rzuciłam sukienkę na łóżko i ruszyłam w stronę łazienki. Podeszłam do mamy z tyłu i zaczęłam masować jej ramiona – Oddychaj głęboko, rozluźnij się i zapomnij o całym stresie.

- Ale ja się nie denerwuję, poprostu wiem, że jak sama czegoś nie dopilnuję, to nikt tego nie zrobi. – stała odpowiedź.

- Jasne, jasne. Oczywiście masz rację. - Dałam jej buziaka i wróciłam do pokoju. Założyłam sukienkę, zdjęłam, rzuciłam na fotel i ponownie stałam przed otwartą szafą. „A może poprostu dzinsy?”.

Zegar oznajmiał 7.30 rano, ale czuć było już upał w powietrzu, ciężkim i gęstym, nawet pszczoły nie miały ochoty na latanie. Spociłam się przy samym zamykaniu drzwi od domu. W samochodzie siedziałam skupiona i obserwowałam migające mi przed oczami drzewa, drogi i ludzi. Milion myśli kłębiło się i supłało w mojej głowie tak, że nie słyszałam nawet o czym rozmawiają rodzice na przednich siedzeniach. Z jednej strony byłam cała podekscytowana tym, co miało mnie dziś czekaś, ale z drugiej strony, czułam, jak całe zjedzone wcześniej śniadanie zabawia się w windę w moim przewodzie pokarmowym. Powody były dwa: wiza do Australii i niespodziewana wizyta z Francji.

   Pewnego chłodnego i deszczowego dnia, rodzice postanowili w końcu pozytywnie odpowiedzieć na powtarzające się regularnie prośby ze strony mojej ciotki, a siostry mojej mamy, które napływały do nas telefonicznie już od kilku lat, abyśmy w końcu, cytuję: „wzięli dupy w troki i przylecieli do tego cholernego Sydney!”. Fakt, że koszty podróży na drugi koniec świata pokrywają kilkumiesięczny dorobek jednej średniej polskiej rodziny, nie ułatwiało nam sprawy. Nie mieliśmy jednak wyjścia. Ona, ze swoim mężem i córką, odwiedzili nas już kilkakrotnie w ciągu ostatnich lat. Tym razem przyszła kolej na nas. Poza pieniędzmi, głównym problemem był tutaj również dokument, powodujący niekiedy palpitacje w sercach wielu Polaków, zwany „wizą”. Wygrywało się go bowiem, jak na loterii i wymagał od go pragnącego wielu nieprzespanych nocy.

- Choć szybko, zobacz! – tata krzykliwym szeptem starał się zwrócić moją uwagę na wielki kolorowy plakat przedstawiający misia koalę siedzącego na gałęzi eukaliptusa – Powiedz mi Aniu, co ty robisz na tym zdjęciu? – zaczął się śmiać.

- Ha ha ha, bardzo śmieszne.- poklepałam go po ramieniu i wróciłam z powrotem na krzesło obok mamy. – Jak myślisz, ile to potrwa?

sobota, 30 września 2006
Odcinek 5 - Ten email

- No chodź tutaj, daj mi buziaka! – Piotrek leżał na moim łóżku z puszka piwa i w Martensach. Był już po jakiś dwóch, czy trzech szybkich, kiedy wisząc na bramce przy moim domu, nie spuszczał palca z dzwonka. Widząc twarze rodziców, zrozumiałam, że oni również czują coraz mniejszą sympatie do mojego chłopaka i z chęcią by się go pozbyli z mojego i ich życia.

- Myślałam, że przyjedziesz niedługo po tym jak do mnie zadzwoniłeś. Teraz dochodzi już północ. – wyszeptałam, gdyż za ścianą mój młodszy brat przygotowywał się do egzaminów maturalnych.

- Ojojoj, mamusina córeczka boi się, że rodzice na nią nakrzyczą. – powiedział to i wypił długi łyk piwa. – Chyba mnie nie wygonisz, bo raptem trochę się spóźniłem? Zresztą sama mnie prosiłaś, żebym się z tobą spotkał. Krew mi podeszła do mózgu, jak to usłyszałam.

- Ja ciebie prosiłam?! – miałam ochotę wziąść metalową figurkę buddy stojącą u mnie na biurku i rzucić nią prosto w jego wyszczerzoną twarz. – Ja ???

- Uspokój się kochanie, nie rozumiem czemu tak się od razu wściekasz. – Piotrek podniósł się i pogłaskał mnie po głowie. Odepchnęłam jego rękę ciągle myśląc o figurce buddy. - Przez telefon pytałaś mnie, czy mógłbym przyjechać do ciebie, bo nie czujesz się dziś zbyt dobrze. – próbował mnie pocałować. Odwróciłam głowę w drugą stronę i o mało nie spadłam z krzesła, kiedy runął na mnie całym swoim ciałem.

- Zejdź ze mnie! – próbowałam wyszarpać się spod jego rąk i mokrego oddechu, ale ciężko mi to wychodziło.

- Co, nie chcesz mi dać buzi? Przecież to lubisz. – złapał mnie zbyt mocno za nadgarstki i pomyślałam, że znowu będę miała ciemne slady palców odbite na moich rękach.

- Mówiłam ...! – przerwałam słysząc ciche pukanie. Piotrek puścił mnie i ponownie znalazł się na łóżku ze swoim niedokończonym piwem. Sylwetka mojego taty pojawiła się w drzwiach pokoju.

- Piotrek, powinieneś już iść do domu. – jego głos był dosadny, ale spokojny.

Uratowana z tej krępującej sytuacji, podziękowałam mojemu wybawcy wzrokiem, a następnie, tymi samymi oczami, tym razem rzucającymi mordercze spojrzenie, popatrzyłam w stronę Piotrka.

- Ok, ok, już się zmywam. – podał mi pustą puszkę i wyszedł wzdychając ostentacyjnie. – do zobaczenia wkrótce Misiu ! – pomachał ręką nie odwracając głowy.

Tej samej nocy usiadłam przed komputerem.

„Cześć Ewan!

Co u ciebie słychać? Dziękuję za email.

Zaskoczyło mnie to, że ktoś napisał do mnie z Francji, ale było to całkiem miłe uczucie.

Jaka jest aktualnie pogoda w Twoim kraju? W Polsce jest przeraźliwie gorąco, całymi dniami tylko słońce i słońce. Leżę, więc godzinami w ogrodzie moich rodziców i wygrzewam się. Dni płyną leniwie. Uwielbiam to. Maj, to mój ukochany miesiąc, mimio, że zawsze w tym czasie mam mnóstwo egzaminów na studiach (grrr!); drzewa i kwiaty są w pełnym rozkwicie, ptaki śpiewają i nareszcie czuć zapach lata.

Przyglądam się właśnie zdjęciu, które mi przysłałeś i próbuję odgadnąć, jakim typem osoby jest ten facet. Założę się, że to wyjątkowo uczuciowy mężczyzna, inteligentny i poważny, który jednak uwielbia od czasu do czasu pomarzyć. Samotnik, o szczerym spojrzeniu i otwartym sercu, szukający prawdziwych i oddanych przyjaciół oraz wielkiej miłości. Zgadłam?

Wysyłam Ci jedno z moich bardziej udanych zdjęć i czekam na odpowiedź.

Pozdrawiam i ściskam!

Ania”

Załączam swoje zdjęcie z zeszłorocznej wycieczki do Hiszpanii. Klikam na „Wyślij”.

Odcinek 4 - Niechciany związek

15.38.

- Jeszcze tylko dwadzieścia dwie minuty.

Jako księgowa w firmie mojego ojca, nie przepracowywałam się zbytnio. Wpisywanie faktur, zamówień i liczenie płatności zajmowało mi niewiele czasu, ponadto mój szef dawał mi sporo różnych ciekawych ulg, jak na przykład to, że mogłam zaczynać i kończyć pracę, o której tylko chciałam. Jednak każdego dnia zostawałam całe osiem godzin i przewracając po raz setny te same papiery, liczyłam minuty i sekundy do zamknięcia firmy.

- Cześć Aniu. – poczułam ciepły oddech na swojej szyji. To był on! Nareszcie!

Nie wiem kiedy, nie wiem jak, ale wiem dlaczego zaczęłam widywać po godzinach roboczych jednego z pracowników firmy „Narto s.c.”.

- Zamykasz dzisiaj wcześniej? Jest dopiero za piętnaście piąta. – jego ręce wędrowały już wzdłuż mojej talii.

- Tęskniłaś za mną?

Chyba każda z kobiet ma w swoim życiu pewne chwile słabości w stosunku do jakiegoś mężczyzny. Mimo, że nie jesteśmy w tym momencie same, czujemy niepochamowaną ochotę do poświęcenia jakiejś jednej godzinki z życia dla tej pięknej i nader interesującej fizjologicznie osoby. Jedne z nas pozostają przy marzeniach, inne ... no cóż. Ja, należałam do tych innych, lecz zamiast poświęcić jedną godzinkę ze swojego życia, poświęcałam jedną każdego dnia. Przygoda ta trwała już od ponad pół roku i miała się niedługo skończyć.

- Żenie się. – oświadczył mi pewnego dnia po „cudownej godzince”. Muszę przyznać, że mimo, iż nasze spotkania miały pozostać na zawsze tymi opartymi jedynie na bezuczuciowej przyjemności cielesnej, w tamtym momencie poczułam jak cała radość wylatuje ze mnie i wybucha tuż przed nosem.

- Nie cieszysz się? – zapytał zdziwiony.

   Tamtego dnia, wróciłam do domu w nastroju dającym się zakwalifikować, jako beznadziejny. Wspięłam się po schodach do swojego pokoju i rzuciłam na łóżko. W głowie pojawiały mi się obrazy ostatnich miesięcy: szkoła, rozmowy z moimi przyjaciółmi, „te godzinki”, emailowi znajomi. Poruszyłam się. Na śmierć zapomniałam o moich znajomych z Internetu! W tej samej chwili zadzwonił telefon. Nie miałam ochoty na podnoszenie słuchawki i na zmuszanie się do rozmowy z kimkolwiek. Po ósmym dzwonku poddałam się.

- Halo. – odpowiedziałam zrezygnowanym głosem.

- Cześć. To ja. – tego mi jeszcze brakowało. Piotrek, mój chłopak, którego starałam się unikać już od paru miesięcy, zamiast poprostu z nim zerwać. – Coś się stało? Masz jakiś dziwny głos. Czyżbyś nie chciała rozmawiać ze swoim Misiem?

To prawda, nie chciałam.

- Czemu dzwonisz? Przypomniałeś sobie nagle o mnie?

- Zawsze pamiętam o mojej Ani i dlatego chcę się z nią spotkać. – denerwował mnie ten człowiek w każdym calu, a zwłaszcza, jak mówił o mnie w trzeciej osobie.

Spotykaliśmy się od dwóch lat. Zaczeło się od zwykłej znajomości na jednej z organizowanych przez studentów szalonych imprez. Nie był to ktoś, kto przyciąga swoim wyglądem masy dziewczyn, dlatego i mnie nie zauroczyła jego osoba. Potem była kolejna impreza, i jeszcze jedna, aż się wreszcie zaprzyjaźniliśmy. Widywaliśmy się dosyć często w gronie naszych wspólnych kolegów i koleżanek i pewnego dnia, zamiast zostać przy długo zapowiadającej się przyjaźni, przekroczyliśmy ten próg w instynktownej chęci wyzwolenia naszych potrzeb seksualnych. Przetrwaliśmy pierwszy rok „bycia razem” tylko dzięki temu, że rzadko byliśmy „sam na sam”, a często z całym tłumem znajomych. Drugi rok, nie tak bogaty w spotkania towarzyskie, był już tylko udręką.

- Nie mam dziś ochoty na wychodzenie. – czemu poprostu nie skończę tego toksycznego związku? – Nie czuję się zbyt dobrze i wolę zostać w domu.

- Przestań być taka negatywna. Pójdziemy gdzieś razem na drinka, a potem do mnie na małe co nie co. – Piotrek przestał mnie pociągać fizycznie jakiś rok temu, choć czasami zadawałam sobie pytanie, czy w ogóle pociągał mnie fizycznie. Upewnił mnie w tym przekonaniu piękny Apollo, z którym pracowałam, a na którego widok zawsze dostawałam przyjemnych dreszczy.

- Zrozum Piotrek, że boli mnie głowa i wolę spędzić wieczór w spokoju, u mnie w domu. – powiedziałam to tonem bardziej dosadnym, tak mi się przynajmniej wydawało.

- To w takim razie ja przyjadę do ciebie z paroma puszkami piwa.

- Nie dzi... – nie zdążyłam dokonczyć zdania. Usłyszałam sygnał telefonu. Wściekła rzuciłam słuchawkę. Co się ze mną dzieje? Czy tak ciężko jest powiedzieć „Odchodzę od ciebie”, albo „Kończę tę chorą sytuację”? Przecież jestem silną, niezależna kobietą. Zniosłam już niejedno rozstanie z mężczyznami, których uwielbiałam i szanowałam, więc czemu do cholery nie z kimś, kogo nie chcę nawet oglądać na oczy? Chyba bałam się, jak Piotrek zniósłby to rozstanie, w rezultacie, czasami potrafił być uczuciowym i wrażliwym facetem.

Cztery godziny później, kiedy moja nadzieja na to, że nie zobaczę Piotrka zaczęła osiągać stadium szczytowe, doszedł mnie sygnał dzwonka od bramki wejściowej na podwórku.

- Kto to może być o tej porze?- usłyszalam głos i kroki rodziców na dole w salonie. – Już po jedenastej.

Opadłam na krzesło. Wiedziałam kto to.

Odcinek 3

...

Moi znajomi nie za bardzo rozumieli o co mi chodzi z tymi emailami i szukaniem przyjaciół przez Internet.

- Źle ci z nami, tu w Polsce, Pani Kochana ? – Ula, najbliższa łi osoba ze studiów prawnych, uwielbiała używać sformułowania „Pani Kochana” w stosunku do mnie i nie mogła się opanować by go nie powtarzać co kilka sekund – Zobacz Pani Kochana, siedzimy sobie w pubie z Lolą, popijamy piwko, palimy papiersoki i jest super. – sformułowanie „Lola” przynależało do Wioli, mojej drugiej przyjaciółki, którą również poznałam podczas nudnych godzin Prawa Rzymskiego. Wszystkie trzy stałyśmy się nierozłączne już na pierwszym roku studiów, kiedy to w przerwach między wykładami stałyśmy po 20 minut w kolejce po kawę z automatu, lub szłyśmy na zewnątrz budynku (szczególnie w deszcz lub śnieg) na papierosa.

- Ula, wyobraź sobie, że znasz już wszystkich i wszystko w tym naszym „ukochanym” mieście Białymstoku. Nie miałabyś wówczas ochoty wyjrzeć trochę poza te granice, poznać innych ludzi, inne kultury, inny świat ?

- A pocóż mi to, Pani Kochana ! – nie dałam rady siedzieć poważna i zaczęłam chichotać.

- Z tobą nie można tak normalnie pogadać?

- Aj tam, tylko głowę nam zawracasz tymi swoimi Niemcami, USAmi i innymi. – Wiola dołączyła do naszej dyskusji po przyniesieniu kolejnych trzech piw, darmowych oczywiście (spotykała się z barmanem). – Ale tak na poważnie Aniu, - puściła do mnie oko – poznasz nas z tym Włochem od BMW ? – Nie wytrzymałam. Podniosłam się z krzesła i mocno uściskałam je obydwie.

- Uwielbiam was moje kochane i postaram się was nie porzucić dla Wenecji, ale nic nie obiecuję jeżeli chodzi o Francję i tego cudnego marynarza. – zauważyłam, że śmiechy moich przyjaciółek na moment umilkły.

- Dostałaś emaila od francuskiego marynarza ?! – obydwie otworzyły szeroko oczy i nagle przestały się poruszać. Tylko Wiola wydała dziwny dźwięk, przypominający piśnięcie małej myszki.

- Nie wysilił się zbytnio w swoim opisie, ale na szczęście przysłał zdjęcie. Inaczej bym mu chyba nie odpowiedziała. – wyjęłam z torby kartkę papieru z wydrukowaną na niej czarno-białą fotografią dwudziestokilkuletniego mężczyzny. Siedział przy drewnianym stole, ubrany w kurtkę polar, z podbródkiem opartym na dłoni i uśmiechał się. Jednak to, co zwracało szczególną uwagę, to były jego oczy : duże i ciemne, o łagodnym, powalającym-na-kolana każdą kobietę spojrzeniu. Za każdym razem, kiedy zerkałam na to zdjęcie, czułam ciepło rozchodzące się po całym moim ciele.

- Mmm, milutki.– Ula w skupieniu studiowała moją kartkę papieru. - Ale nie wygląda na marynarza.

- A jak, według ciebie, powinien wyglądać prawdziwy marynarz ? – wypaliłam.

- No wiesz Pani Kochana, mięśnie, tatuaże i te sprawy. Wyobrażałam sobie raczej kogoś w stylu młody Bruce Wills. Ten twój marynarz robi takie słodkie wrażenie, że aż ma się ochotę dać mu buziaka.

- Ja bym mu dała coś więcej niż tylko buziaka. – przyznała Wiola przytulając zdjęcie do swojej twarzy i mrugając do mnie niewinnie powiekami.

- Jasne, jasne. Jak narazie to on jest mój ! – śmiejąc się wyrwałam kartkę z rąk Wioli i jeszcze raz zerkając na zdjęcie wydałam głośne „Ach !”.

- Ile ma lat ? – Ula wyciągnęła papierosa, a następnie podała mi paczkę.

- Dwadzieścia sześć. Mieszka gdzieś w okolicach oceanu, w mieście Brest i jest romantykiem.

- Woow, romantyk ! To rzadkość w naszych brutalnych czasach.

- I to marynarz romantyk. – podpaliłam papierosa.- Napisał tylko to, dwa zdania. Gdyby nie to zdjęcie i te oczy ... ach ! – znow zaczęłyśmy chichotać.

Odcinek 2

Wszystko zaczęło się od komputera, który w grudniu 1999 roku znalazł się pod naszą choinką. Właśnie co przeprowadziliśmy się z rodzicami i moim młodszym bratem do nowego domu na północnym wschodzie Polski, do malutkiej miejscowosci, na której urok składały się: brak asfaltowych dróg, bar „U Kacpra” i miłe powitanie sąsiadów wypisane kredą na naszej bramce wejściowej, brzmiące „fagasy”. No dobrze, może trochę przesadzam z tym negatywnym opisem, ale tak to wszystko odczuwałam latem 1999.

Tak więc, na Gwiazdkę 1999 otrzymałam w prezencie klawiaturę komputerową, mój brat stację dysków, a mama ekran. Resztę, schowaną skrzętnie w piwnicy, doniósł tato. To był jego pomysł i nikt, łącznie z mamą nie odkrył tej gwiazdkowej tajemnicy. Oszalałam ze szczęścia; nareszcie będę mogła poznać świat, podróżować za jednym kliknięciem myszki, odnaleźć wszystkie informacje na jakie tylko znajdę ochotę, spotkać ludzi z innych krajów, a nawet innych kontynentów! To było moje wielkie marzenie, którego spełnienia nie oczekiwałam tak szybko..

„Cześć, nazywam się Ania i pochodzę z Polski. Jestem studentką prawa i nie znoszę moich studiów (są strasznie nudne)...”. Na stronie internetowej Pen Pals (internetowych przyjaciół) znajdowało się kilkadziesiąt tysięcy ogłoszeń. Musiałam wymyślić coś oryginalnego, żeby moje własne ściągnęło uwagę czytających. Udało mi się. Napisane po angielsku, zainteresowało tyle osób , iż w ciągu jednego dnia otrzymałam około pięćdziesięciu emailii z Anglii, Niemiec, Francji, Japonii, Stanów Zjednoczonych, Brazylii, Włoch, Islandii, Australii, Singapuru, Chin, .... Emailii pochodzących od ludzi młodych i starych, którzy, jak ja szukali przyjaciół lub tylko kontaktów do podróżowania.

- Mamo, choć szybko! – byłam podekscytowana każdą nowo przybyłą wiadomością i nie mogłam się opanować, żeby nie wołać przed komputer mojej rodziny – Jest nowy! Z Włoch! Na zdjęciu widniał przystojny brunet oparty o czarny kabriolet marki BMW i uśmiechał się białymi zębami. Zrobił wrażenie nie tylko na mnie, - Hmmm, ładne zęby. – mama przybiegła do pokoju, w którym siedziałam, z prędkością światła. Uwielbiała tak, jak ja odkrywać nowo nadeszłe emaile i nie mogła się opanować, kiedy powiadamiałam ją o każdym następnym.

- Jasne, jasne. Podobno ma również mieszkanie w Wenecji i często bierze udział w imprezach organizowanych w ambasadach we Włoszech. A tak przy okazji, zaprasza mnie na jedną z nich. – uśmiechnęłam się szeroko i puściłam oko.

- Typowy Włoch, który wie, jak podrywać dziewczyny. – zaśmiałyśmy się obydwie.

Moja mama, moja najlepsza przyjaciółka, której zawsze mogłam się zwierzyć, choć nigdy nie znałam reakcji, która mogłaby nastąpić po tych zwierzeniach. Kobieta o silnym charakterze, której jedyną słabością, oprócz papierosów marki LM Lights, były jej dzieci, czyli ja i mój brat. Dałaby się za nas pokroić.

- Mam też emaila z Singapuru, ale jeszcze nie zdążyłam go przeczytać. Ma chyba ze dwadzieścia stron! – spojrzałam na ekran komputera, gdzie widniał otwarty długi email podpisany „Kaneson”. – W każdym bądź razie początek jest naprawdę sympatyczny, posłuchaj, choć przy moim nędznym tłumaczeniu nie wiem, jak to wyjdzie: „Cześć słodka. Uwielbiam to, co napisałaś na stronie PenPal, podoba mi się twoja szczerość i to jest to, czego najbardziej szukam u ludzi poza szaloną długotrwałą przyjaźnią oczywiście. ”. I co ty na to?

- Odpisz mu! Wyglada na świetnego chłopaka. No i w końcu napisał do ciebie z Singapuru!

- Lecę po mapę zobaczyć gdzie dokładnie leży ten Singapur.

Tak to właśnie wyglądało. Wszystkie wiadomości były przeze mnie starannie czytane (czasem po kilka razy), państwa i miasta, z których pochodziły, precyzyjnie sprawdzane na mapie, a następnie wszystko to wnikliwie omawiane z moją rodziną. Cieszyłam się jak mała dziewczynka z prezentów urodzinowych.

Odcinek 1

Przedstawiam początek mojej pierwszej noweli, opowiadania. Dalsze kawałki - w przyszłości!

- Roberciku, zobacz, la France! – młoda blondynka siedząca obok mnie wykrzykiwała te słowa do mniej więcej rocznego chłopca gramolącego się u niej na kolanach. Mały wykazywał całkowity brak zainteresowania swoją elegancko ubraną mamą, a tym bardziej tym, co do niego mowiła. Przerzucił się na moje kolana i skacząc po mojej „Nieznośnej lekkości bytu” M. Kundery rozpaczliwie próbował dostać się do wąskiego przejścia między siedzeniami. – Roberciku, daj mamie bisous. – nie przeszkadzało jej to, że jej syn wijąc się i wierzgając nogami niebezpiecznie blisko mojego ciała, nie zwraca na nią kompletnie uwagi, a wręcz stara się uciec od swojej rodzicielki. – Kochanie, zaraz będziemy à la maison!

Podtrzymując go za biodra spojrzałam w stronę okna samolotu i zobaczyłam przebijające się przez chmury krajobrazy: małe domki, pola i lasy, ustepujące powoli miejsca innym widokom: rozciągającym się na wiele kilometrów, ułożonym w symetryczne wzory wieżowcom mieszkalnym, w ilości setek, a może nawet i tysięcy. Słyszałam coś nie coś o przedmieściach Paryża, nazywanych w tym kraju cités; tych częściach miasta, do których nawet policja nie chce zaglądać. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że jestem nad najpiękniejszym miastem Europy, zwanym „miastem zakochanych” – Paryżem.

c.d.n.